- Brat [...] ci wskaże [...] drogę,
[...]najgorszą morję,
Bez [...] nic nie zdziałasz,
[...] bohaterowi,
[...] Pustce się pogrążysz.
Nic z tego nie rozumiałam, ale słowa były na tyle mroczne, że przeszedł mnie dreszcz. To co mówiło te słowa, brzmiało groźnie, potężnie a jednocześnie jakby każde słowo sprawiało niewyobrażalny ból. Gdzie znajdowało się to coś? Czy było uwięzione? Dlaczego było uwięzione?
Mrok pod wpływem tego głosu zaczął znikać. Moje serce z powrotem zaczęło bić i rozprowadzać po ciele krew, a ja odzyskiwałam władzę. Rozejrzałam się. Stałam koło wielkiej fonntany. Woda lała się z dzbanka trzymanego przez rzeźbę ludzkiej postaci. Podeszłam bliżej chcąc się przyjrzeć. Smukła dziewczyna ubrana w grecką szatę do kostek, stała na palcach. Jej długie do łopatek włosy były misternie wyrzeźbione, autor musiał poświęcić dużo czasu by osiągnąć taki efekt.
- Niezwykła prawda?- szybko obróciłam się. Kilka metrów za mną, opierając się o równo przystrzyżone krzaczki stał chłopak. Był wysoki, no ale każdy był wyższy odemnie. Miał krótko ostrzyżone włosy i niebieskie oczy. Niesamowite niebieskie oczy niczym morze. Wyglądał na surfera z Kaliforni. Podszedł do mnie bliżej i stanął po mojej prawej.
- Fidiasz gdy tu trafił, stwierdził, że jest za mało rzeźb i musi to naprawić. Jest tu już bardzo długo i wyrzeźbił wiele posągów. Ale ten uważa za najważniejszy.
Spojrzałam na twarz marmurowej dziewczyny. Miała cudowne rysy, delikatne, które sprawiały że wyglądała jakby była w moim wieku. Mogłam policzyć jej kilka piegów na policzkach. Skupiłam wzrok na oczach. Gdyby nie to że były jednego koloru, mogłyby być prawdziwe. Wielkie, misternie zrobione oczy z aureolą rzęs. Nawet brwi były doskonałe. To było arcydzieło.
Dopiero teraz skupiłam się na emocjach dziewczyny. To był smutek. Nie złość, nie rozpacz ale czysty smutek. Wyrzeźbione lekko uchylone usta, z których zdawało się miały zaraz wyjść słowa, oczy zwrócone przed siebie, jedna ręka zaciśnięta na szacie.
- Kto to jest?- zapytałam, patrząc z powrotem na blondyna. Uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu dostrzegłam tylko smutek.
- Fidiasz mówi, że to ta na którą czekamy. Ta która nas uwolni. - chłopak odwrócił się w moją stronę. Na prawym policzku miał bliznę, która lekko szpeciła jego przystojną twarz. Musiał być 5-6 lat starszy ode mnie, nie więcej.
- Was? Kim "wy" jesteście? I kim ty jesteś?- założyłam ręce na piersi i spojrzałam na niego krytycznie.
- Dowiesz się kiedy nadejdzie moment. - podszedł do mnie bliżej, chwytając za ręce.- Masz w sobie niezwykłą moc. Uwierz w siebie i naucz się ją kontrolować. Ocal nas. Wierzymy w ciebie.- po tych słowach, pocałował mnie w czoło i nagle wszystko zniknęło.
Obudziłam się zalana potem i nie mogąc złapać oddechu. Wygrzebałam się z kołdry i podeszłam do okna, otwierając je na całą szerokość. Zrzuciłam z parapetu kilka książek i usiadłam na ich miejscu, biorąc głęboki oddech. Cała się trzęsłam. Schowałam twarz w dłoniach i powoli uspokajałam oddech. Mój atak paniki mijał. Ataki miałam rzadko, ostatni zdarzył się 10 lat temu kiedy na Jasełkach miałam recytować wierszyk. Wtedy uspokoił mnie mój ojciec, ale nie miałam zamiaru teraz go budzić.
- To tylko dziwaczny sen, nic więcej, Anna, zapomnij.- powiedziałam do siebie na głos. Słońce już wschodziło, więc nie widziałam sensu, kłaść się ponownie. Podeszłam do szafy, zabrałam pierwsze lepsze ciuchy i ruszyłam do łazienki.
Pół godziny później, zeszłam do salonu z torbą na ramieniu. Moja matka stała przy kuchence i spalała naleśniki a mój braciszek Lucas siedział na kanapie, oglądając jakieś bajki. Usiadłam na wyspie i spojrzałam na Lucasa. Miał 7 lat i był najcudowniejszym chłopcem na świecie. Jego mała główka cała w ciemnoczekoladowych loczkach z wielkimi i cudownymi zielonymi oczkami, waptrywała się w Spongeboba, skaczącego po ekranie. Przypomina swoich rodziców, ma oczy matki, pełne wesołych ogników i niewyparzony język ojca.
Jest ich pierworodnym synem, z racji tego, że ja jestem adoptowana.
- Lily!- z zamyśleń wyrywał mnie mój ojciec, który zszedł już na dół, ubrany w typowy dla siebie garnitur.- Jak nie wyjdziesz za 5 minut, na bank się spóźnisz!
- Cholera! Pierwszy mam angielski z Mathersem!- szybko zabrałam z dłoni ojca kieszonkowe, pocałowałam matkę w policzek i zakładając buty i kurtkę pożegnałam się z Lucasem i rodzicami.
Spojrzałam na twarz marmurowej dziewczyny. Miała cudowne rysy, delikatne, które sprawiały że wyglądała jakby była w moim wieku. Mogłam policzyć jej kilka piegów na policzkach. Skupiłam wzrok na oczach. Gdyby nie to że były jednego koloru, mogłyby być prawdziwe. Wielkie, misternie zrobione oczy z aureolą rzęs. Nawet brwi były doskonałe. To było arcydzieło.
Dopiero teraz skupiłam się na emocjach dziewczyny. To był smutek. Nie złość, nie rozpacz ale czysty smutek. Wyrzeźbione lekko uchylone usta, z których zdawało się miały zaraz wyjść słowa, oczy zwrócone przed siebie, jedna ręka zaciśnięta na szacie.
- Kto to jest?- zapytałam, patrząc z powrotem na blondyna. Uśmiechnął się, ale w tym uśmiechu dostrzegłam tylko smutek.
- Fidiasz mówi, że to ta na którą czekamy. Ta która nas uwolni. - chłopak odwrócił się w moją stronę. Na prawym policzku miał bliznę, która lekko szpeciła jego przystojną twarz. Musiał być 5-6 lat starszy ode mnie, nie więcej.
- Was? Kim "wy" jesteście? I kim ty jesteś?- założyłam ręce na piersi i spojrzałam na niego krytycznie.
- Dowiesz się kiedy nadejdzie moment. - podszedł do mnie bliżej, chwytając za ręce.- Masz w sobie niezwykłą moc. Uwierz w siebie i naucz się ją kontrolować. Ocal nas. Wierzymy w ciebie.- po tych słowach, pocałował mnie w czoło i nagle wszystko zniknęło.
Obudziłam się zalana potem i nie mogąc złapać oddechu. Wygrzebałam się z kołdry i podeszłam do okna, otwierając je na całą szerokość. Zrzuciłam z parapetu kilka książek i usiadłam na ich miejscu, biorąc głęboki oddech. Cała się trzęsłam. Schowałam twarz w dłoniach i powoli uspokajałam oddech. Mój atak paniki mijał. Ataki miałam rzadko, ostatni zdarzył się 10 lat temu kiedy na Jasełkach miałam recytować wierszyk. Wtedy uspokoił mnie mój ojciec, ale nie miałam zamiaru teraz go budzić.
- To tylko dziwaczny sen, nic więcej, Anna, zapomnij.- powiedziałam do siebie na głos. Słońce już wschodziło, więc nie widziałam sensu, kłaść się ponownie. Podeszłam do szafy, zabrałam pierwsze lepsze ciuchy i ruszyłam do łazienki.
Pół godziny później, zeszłam do salonu z torbą na ramieniu. Moja matka stała przy kuchence i spalała naleśniki a mój braciszek Lucas siedział na kanapie, oglądając jakieś bajki. Usiadłam na wyspie i spojrzałam na Lucasa. Miał 7 lat i był najcudowniejszym chłopcem na świecie. Jego mała główka cała w ciemnoczekoladowych loczkach z wielkimi i cudownymi zielonymi oczkami, waptrywała się w Spongeboba, skaczącego po ekranie. Przypomina swoich rodziców, ma oczy matki, pełne wesołych ogników i niewyparzony język ojca.
Jest ich pierworodnym synem, z racji tego, że ja jestem adoptowana.
- Lily!- z zamyśleń wyrywał mnie mój ojciec, który zszedł już na dół, ubrany w typowy dla siebie garnitur.- Jak nie wyjdziesz za 5 minut, na bank się spóźnisz!
- Cholera! Pierwszy mam angielski z Mathersem!- szybko zabrałam z dłoni ojca kieszonkowe, pocałowałam matkę w policzek i zakładając buty i kurtkę pożegnałam się z Lucasem i rodzicami.
Jako że, jest już końcówka października, to zimne powietrze szybko wnika przez moją kurtkę. Otulona szczelniej szalikiem i kieruje się w stronę metra. Nienawidzę lata, co jest spowodowane wieloma czynnikami. Po pierwsze, pocenie się jest okropne. Wolę, chłodne zimowe powietrze i biały puch.
Po drugie, moje nogi. Jestem prawdziwą szcześciarą i na moich nogach można opisać wspaniałe przygody, które mnie spotykają. Blizny, zadrapania, strupy i siniaki są na moich nogach 24 godziny na dobę. Naprawdę.
Kolejnym powodem jest to że, kiedy na dworzu panuje skwar nie mam jak szwędać się po mieście, bo przy pierwszym lepszym upale moi kochani rodzice, zabierają całą rodzinkę nad jezioro, oddalone 5 godzin od Nowego Jorku. Nad jeziorem do roboty jest:
A) zabijanie komarów
B) sprzątanie domku
C) wysłuchywanie ciotki Adelajdy, o tym jakim jestem brzydkim dzieckiem.
To są 3 najważniejsze powody, dla który zima jest lepsza od lata.
Zostało mi już tylko przejście przez bramę, by znaleźć się na dziedzińcu pełnym durnowatej młodzieży. Gdzieś tu czeka na mnie Sam i Connor. Próbuje wyszukać ich wzorkiem, kiedy w rogu szkoły zauważam dwójkę chłopaków. Liceum jest duże, ale oni wyglądają na mój rocznik, a z mojego roku znam wszystkich. Powoli podchodzę blożej, starając się nie wzbudzać podejrzeń. Opieram się o ogrodzenie szkoły, patrząc na nich uważbie. Wysoko blondyn ubrany w granatową kurtkę, energiczne gestykuluje rękami, podczas gdy jego towarzysz opiera się o budynek szkoły. Od razu widać, między nimi różnice. Blondyn promienuje wesołą energią. Jego postawa, sposób wymachiwania rękami, on coś w sobie ma, co sprawia, że nie tylko ja się w niego wpatruje, ale kilkanaście dziewczyn i niektorzy chłopacy.
Ten drugi opiera się o ściane, ale mimo to kep ciało jest jakieś sztywne, jakby na coś wyczekiwał. Ma na sobie kurtkę lotniczą, podobną do tej co nosi wujek Bobby, brat mojego ojca. Wpatruje się w twarz blondyna, ale jego wzrok cały czas lustruje dziedziniec. Patrzę na jego sylwetke i zamieram. Przy boku nosi miecz. Czarny jak noc, widoczny z tej odległości miecz. Co jest do cholery? I gdy już myśle, że musiało mi się przywidzieć, właściciel miecza patrzy prosto w moje oczy.
Zalewa mnie fala mroku. Dosłownie. Zjechałam opierając ręke o bramę i upadłam na kolana, plecami dotykając muru. Coś, coś jakby aura chłopaka była czystą śmiercią. Rozciągała się naokoła niego, i była koloru czystej czerni. Zaczynał się kolejny atak paniki. Co to jakieś combo?
Wtedy wchonęłam trochę ciemności. Mój puls zwolnił, uderzył mnie zimny dreszcz, a oczy zaszły mgłą. Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki oddech.
- Hej, tylko nam tu nie zemdlej.- nieznany głos, pojawił się po mojej lewej. Otworzyłam oczy. To ten blondyn. Patrzył na mnie uważnie, swoimi wielkimi niebieskimi oczami. Wyglądał podobnie do chłopaka z mojego snu, ale jego policzka nie przecinała blizna. Miał na sobie pomarańczową koszulkę i niebieską kurtkę, dziwne połączenie, zauważam mimo ataku i tego, że ledwo mogę oddychać. Po mojej prawej stał ten czarnowłosy, ale starałam się skupić, na twarzy blondyna. Bałam się, że jeśli jeszcze raz na niego spojrze, mogę nie wytrzymać i stanie się coś gorszego niż atak.
- Kim...kim...kim jesteście?- zdołałam wykrztusić. Miałam zachrypnięty głos, tak samo jak wtedy kiedy poszłam na koncert Papa Roach i zdarłam sobie gardło.
- Wybacz gdzie moje maniery. Nazywam się Will, a ten po prawej to Nico.
- Ten Nico...- zaczęłam, cały czas patrząc na Willa.- On jest w ciemności.- powiedziałam.
- Gdzie jestem?- odezwał się rzeczony Nico. Powoli wstałam i spojrzałam na niego. Teraz nie uderzył mnie jego mrok, ale wciąż go widziałam. Śnił naokoła niego, niczym tarcza ochronna.
- Stoisz w mroku. Twoją aura... Jest niczym śmierć.- powiedziałam, wpatrując się w jego czarne oczy. Kiedy Nico spojrzał w moje oczy, zbladł jeszcze bardziej.
-Ty jesteś tą której szukamy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz